Komentarz

Dominika Kowalczyk
2016-08-01

O trudnych powrotach

Powrót z Krakowa po Światowych Dniach Młodzieży zapowiadał się dobrze. Poniedziałek, na dworcu mnóstwo młodych ludzi, ledwo powłóczących nogami, ale uśmiechniętych. Galeria Krakowska pod okupacją czerwonych, niebieskich i żółtych plecaków z logo ŚDM. Na posadzce, w grupach większych i mniejszych, nastolatki z najróżniejszych zakątków ziemi w oczekiwaniu na swój pociąg lub autokar. Rozmowy, śmiech, gdzieniegdzie śpiew głosem mocno nadwyrężonym po kilku (czasem kilkunastu) intensywnych dniach. Atmosfera luźna, akumulatory naładowane energią papieża Franciszka i ponad miliona wiernych z całego globu.

W autokarze do Wrocławia prawie sami pielgrzymi, głównie z Polski. Wszystkie miejsca zajęte, luk bagażowy pęka w szwach. Obok zwyczajowych walizek i toreb podróżnych, piętrzą się potężne plecaki, karimaty, namioty, wielkie worki z częściowo tylko zjedzonym prowiantem, instrumenty i flagi. Samo ładowanie pakunków do pojazdu zajmuje dobre 20 minut. Wyrozumiały kierowca zgadza się na przewóz wszystkich naszych klamotów. Wcale nie musi – bilet uprawnia do jednej, pokaźnej sztuki bagażu. Jednak duch ŚDM udzielił się i jemu: ze spokojem godnym mnicha upycha wielkie plecaki, co chwilę ocierając spocone czoło. Wreszcie udało się – odjazd.

Lekkie opóźnienie kompensuje piękna pogoda. Jest słoneczne popołudnie idealne na podróż, malowniczą na tym odcinku, „a-czwórką”. Zresztą po minionym tygodniu nic nie jest w stanie zaburzyć, napęczniałego doświadczeniem wspólnoty, optymizmu. Głowa pełna wrażeń, serce zdecydowanie radosne. Autokar wypełnia szmer podekscytowanych głosów. Podróżni snują opowieści o „niesamowitych spotkaniach”, „fantastycznych rozmowach do świtu” i widokach na wieloletnie, międzynarodowe znajomości. Dwa siedzenia ode mnie siada pięćdziesięciolatka z dużym plecakiem na kolanach. W trakcie podróży wyciągnie z niego niewyczerpaną ilość smakołyków, którymi będzie raczyć siebie i swoją, nowo poznaną, sąsiadkę z siedzenia obok. „Wspaniale!” – myślę. Jedziemy sobie razem, dzielimy się wrażeniami, dobrymi emocjami i przysłowiowym „chlebem”. Mój nastrój osiąga stan niewypowiedzianej błogości.

Bez nasłuchiwania docierają do mnie strzępy rozmowy, którą prowadzą dwie pochłaniające podróżny prowiant panie. Sąsiadką pięćdziesięciolatki jest dziewczyna, która wraca prosto z Brzegów i opowiada o wrażeniach związanych z udziałem w uroczystościach z punktu widzenia muzyka. Okazuje się, że grała w olbrzymiej orkiestrze, która, pod batutą Adama Sztaby, uświetniła przebieg wydarzeń na Campus Misericordiae. Panie wymieniają się relacjami z czuwania z Ojcem Świętym i Mszy Posłania. Później rozmowa schodzi na papieża w ogóle: że wspaniały, że nastraja pozytywnie, że dobrze prowadzi Kościół, że skromny, że oddany sprawie.

Po jakimś czasie panie rozmawiają ze sobą jak wieloletnie znajome, przeskakując z jednego pokrewnego wątku na drugi. Jestem mimowolnym świadkiem tego porozumienia dusz i doświadczeń. Siedzę zbyt blisko, żeby móc się wyłączyć i nie mam pod ręką ani książki, ani słuchawek. Na początku słucham z żywym zainteresowaniem – w końcu i ja uczestniczyłam w opisywanych wydarzeniach w Brzegach i na Błoniach. Każdy ma własną, unikalną perspektywę i fajnie jest usłyszeć, co na ten sam temat mają do powiedzenia inni.

Kiedy panie przechodzą do wątku pielgrzymek na Jasną Górę, nad głową przelatują mi słowa: „piękny, cudowny obraz”, „Nasza Matka Boża Łaskawa”, „tyle dobra, tyle miłości”, „Najświętsza Panienka”… Z wolna zapadam w ciepły, lepki półsen, kołysana jasnogórskimi doznaniami pielgrzymującej pasażerki. Deklaruje ona, iż nie ma miesiąca, by nie wybrała się do Matki Częstochowskiej. Pielgrzymuje regularnie, z koleżankami, szczególnie od kiedy zmarł jej małżonek. Dużo opowiada o cudach za wstawiennictwem cudownego wizerunku. Rozmowa cichnie na moment, gdy wyraźnie zwalniamy, a kierowca oznajmia przez mikrofon, iż pod górą św. Anny miał miejsce wypadek samochodowy i będziemy zmuszeni zjechać z autostrady w kierunku na Strzelce Opolskie.

Trochę się denerwuję. Droga z Krakowa do Wrocławia zwykle zajmuje trochę ponad trzy godziny, ale w przypadku utrudnień na a4 – które, dodajmy, zdarzają się bardzo często – potrafi wydłużyć się nawet dwukrotnie. Większość pasażerów zapewne wraca z myślą o odpoczynku, ale na mnie czeka jeszcze praca. Dobry nastrój nieco pryska, dociera do mnie, że prawdopodobnie wrócę do domu bardzo późno. W tym samym momencie, w którym przez głowę przebiega mi: „no to klops”, pani od Jasnej Góry wyciąga garść obrazków ze świętymi i zaczyna prezentować je swojej rozmówczyni.

Jej sprawne palce tasują święte wizerunki: jeden po drugim przesuwa się cały korowód najróżniejszych patronów i patronek, męczenników i męczennic. Błogosławieni i święci, modlitwy okolicznościowe, koronki, rozmaite formułki przeplatają się z, rozbudzonymi pod wpływem konkretnego obrazka, wspomnieniami z odwiedzonego sanktuarium. „Piękne malowidło”, „cudowna modlitwa”, „śliczny ołtarz”, „wspaniałe nabożeństwo”, „medalik”, „książeczka” i „balsam miłosierdzia”. Słońce przyjemnie grzeje mi policzek. Zostawiam panie same z wianuszkiem świętych i modlitw. Zasypiam.

Jakąś godzinę później autokar mocno podskakuje na wyboistej drodze objazdowej. Budzę się i zdaję sobie sprawę, że pielgrzymkowym wspominkom nie ma końca, a bohaterki mojej podróży są na etapie tłumaczenia z rosyjskiego modlitw pochodzących z obrazków, które przywiezione zostały zza wschodniej granicy. Pogrążam się w zadumie o kolorowym świecie wszystkich świętych, którego ledwo zdążyłam dotknąć. Jasna Góra, Wambierzyce, Kalwaria, Łagiewniki, Asyż, Padwa, Rzym – a to przecież tylko ułamek miejsc, które odwiedziła podsłuchana przeze mnie pasażerka. Młoda dziewczyna, która jest adresatką jej opowieści, także jest nieco oszołomiona. Zostaje przez towarzyszkę obdarowana całym plikiem obrazków i modlitw na każdą okazję. Panie wymieniają się numerami telefonu. Powstaje także zarys planu wspólnej pielgrzymki na Jasną Górę.

Dojeżdżamy do Wrocławia z ponad dwugodzinnym opóźnieniem. Początkowe podekscytowanie i poczucie wspólnoty zastępuje zmęczenie i pośpiech. Pasażerowie już się nie uśmiechają. Niektórzy spóźnili się na ostatni autobus do domu, inni przegapili połączenie kolejowe. Na ostatnim odcinku drogi wszyscy milkną i, z nutą irytacji, wymieniają już tylko uwagi transportowo-logistyczne. Gaśnie także rozmowa dwóch pań z sąsiednich siedzeń. Nie pozostało już nic do powiedzenia.

Kiedy autokar wreszcie się zatrzymuje, pasażerowie stoją już na baczność w przejściu i nerwowo zastanawiają się, kiedy kierowca „łaskawie” otworzy drzwi. Ktoś następuje mi na stopę i nie przeprasza. Ktoś inny uderza mnie w głowę pokrowcem na gitarę. Wydostajemy się na zewnątrz po dłuższej chwili – z niezrozumiałych powodów wszyscy chcą wysiąść na raz, ale ponieważ drzwi są tylko jedne, i dość wąskie, opuszczenie pojazdu w tandemie (bądź trójce) okazuje się niemożliwe. Cierpliwość i uważność gdzieś się zapodziały i przepuszczenie współpasażera w drzwiach wydaje się przerastać możliwości zmęczonych podróżą pielgrzymów.

Przy luku bagażowym robi się tłoczno. Kierowca przedziera się przez ludzi. Otwiera klapę i cały chowa się wewnątrz, by, zgięty wpół, zamienić się w automatyczny podajnik do walizek, plecaków i toreb. Pani od regularnych pielgrzymek na Jasną Górę robi sobie miejsce łokciami. Przepycha mnie na bok, mówiąc: „widzę moją walizę” i kieruje do kierowcy nie tyle prośbę, co polecenie w trybie niemal rozkazującym. Kierowca odpowiada, że rzeczony bagaż znajduje się pod stertą innych, więc trzeba chwilę poczekać. Pani zbywa tłumaczenie krótkim: „co to za problem?!”. Kierowca nie wytrzymuje (w międzyczasie kilkanaście innych głosów upomina się o swoje bagaże, do których nie mogą się dostać, gdyż pierwszy rząd niecierpliwych napiera zbyt nieustępliwie) i zauważa, kręcąc głową, że „zaraz strzelą mu plecy”. W odpowiedzi słyszy: „to jest pana praca!”.

Pracownik firmy przewozowej kapituluje. Pani pielgrzymkowa dosłownie wyrywa swoją walizę z jego rąk, po czym oddala się mamrocząc: „myślał by kto”.

Otóż to. Myślał by kto.

Czytaj dalej

Komentarz

Nowy nuncjusz apostolski w Polsce

Nowy przedstawiciel Franciszka w Polsce pełnił funkcję nuncjusza apostolskiego m.in. w Rwandzie, Tajlandii, Singapurze, Kambodży, Indiach i Nepalu.

Komentarz

O kościele, którym warto się zarazić

Ci, dla których Światowe Dni Młodzieży były świętem, przeżyli wspaniałą duchową i poznawczą ucztę. Ci natomiast, którzy widzieli w tysiącach pielgrzymów jedynie niedogodność logistyczną i akustyczną (hałaśliwe śpiewy pod oknami), przez ponad tydzień nie mogli ukryć irytacji. Kościół, który porywa i drażni jednocześnie, to Kościół, który działa.

Komentarz

O trudnych powrotach

W autokarze do Wrocławia prawie sami pielgrzymi, głównie z Polski. Wszystkie miejsca zajęte, luk bagażowy pęka w szwach. Obok zwyczajowych walizek i toreb podróżnych, piętrzą się potężne plecaki, karimaty, namioty, wielkie worki z częściowo tylko zjedzonym prowiantem, instrumenty i flagi.