Komentarz

Jolanta Wójcik
2016-05-16

Polemika z tekstem „Rodzina w zlaicyzowanej Szwecji”

Anna Zaorska w tekście pt. „Rodzina w zlaicyzowanej Szwecji” snuje wizję sielskiej, szwedzkiej rodzinności, która rzekomo ma się całkiem dobrze. Chociaż chciałoby się uwierzyć w tę spokojną i pogodną opowieść, jej autorka zdaje się mocno upraszczać obserwowaną rzeczywistość. Film dokumentalny „Szwedzka teoria miłości” (2015), który pokazywany jest w ramach festiwalu filmowego 13th Millenium Docs Against Gravity, to zupełnie inne spojrzenie na współczesną Szwecję. Jego szwedzko-włoski reżyser, Erik Gandini, choć nieco przerysowuje i zakrzywia obraz swojego kraju, ma chyba znacznie więcej racji co do kondycji szwedzkiej rodziny, której bliżej do smutnej parodii niż błogiej sielanki.

Autorka opublikowanego 10.04.2016 artykułu wyciąga wnioski na temat wartości wyznawanych przez Szwedów na podstawie sztokholmskich ulic, pełnych rodziców z wózkami. Drugi trop prowadzi ją do Nordiska Museet – muzeum szwedzkiej kultury materialnej i obyczajów, które ukazuje rodzinne oblicze tego północnego kraju. Trzecia część refleksji prowadzi autorkę do Ikei. Podstawowy błąd myślowy, jaki wytknąć można prowadzonej przez nią narracji, to brak rozróżnienia między rodzinnością i dzietnością. Drugie błędne założenie wiąże się z konstatacją, iż wartości uznawane za idealne (czy to w postaci muzealnej, czy sklepowej ekspozycji) można traktować jako realnie obowiązujące w codziennym życiu Szwedów.

Jeżeli mowa o wskaźniku urodzeń, Szwecja rzeczywiście prezentuje się nieźle. Dzieci rodzi się na tyle dużo, iż przy zachowaniu bieżącego trendu, kraj ten może zbliżyć się do wskaźnika zapewniającego zastępowalność pokoleń. Jednakże warto spojrzeć także na inną zmienną: blisko połowa gospodarstw domowych w Szwecji to gospodarstwa jednoosobowe. Szwedzkie rodziny są podzielone, częściowo z wyboru – częściowo w wyniku niesprzyjających okoliczności. Ludzie łączą się w pary, które bądź nie przekształcają się w wieloletnie związki, bądź z założenia stanowią relacje oparte na całkowitej autonomii. Gandini w swojej wersji szwedzkiej rzeczywistości wskazuje na nieodpartą potrzebę niezależności, jako wartość nadrzędną i szeroko postulowaną. Bohaterowie jego filmu nie umieją budować związków spajających ludzi na całe życie, gdyż – w pogoni za autonomią – zatracili taką umiejętność.

Jedno oblicze szwedzkiego kryzysu to rozluźnienie więzów w relacjach między partnerami. Drugie natomiast, to oddalenie dorosłych dzieci od swoich rodziców. Gandini przytacza kolejną, niepokojącą liczbę: co czwarty Szwed umiera sam. Samotność starości i choroby, brak wsparcia ze strony najbliższego, rodzinnego kręgu, wręcz poczucie braku relacji opartych na pokrewieństwie i, wynikającej z niego, trosce – oto codzienność wielu szwedzkich ojców i matek. Prędkie opuszczanie rodzinnego domu w celu osiągnięcia upragnionej samodzielności, o którym wspomina w swoim tekście Zaorska, nie jest, samo w sobie, objawem rozpadu dobroczynnych więzi. Jednakże, jak pokazuje film Gandiniego, w Szwecji idzie za nim całkowite odcięcie światów. Rodzice dają dzieciom wolność, a dzieci rozumieją tę wolność, jako zerwanie relacji, w imię „zdrowej” niezależności. O ile całkowite przekreślenie rodzinnej wspólnoty może być konieczne w zależnościach patologicznych i krzywdzących, o tyle traktowanie wszelkich rodzinnych więzi, jako opresyjnych, zakrawa na szaleństwo.

To, co w jakiś sposób definiuje szwedzkie społeczeństwo, to kult indywidualizmu. Człowiek, aby rozwijać się zgodnie ze swoimi wrodzonymi predyspozycjami, potrzebuje przestrzeni – w tym punkcie łatwo można się zgodzić ze szwedzką koncepcją niezależności. Lecz poczucie własnej wartości nie jest jedynie produktem własnej, oderwanej od otoczenia, pracy nad sobą. Wynika także z poczucia przynależności, świadomości swoich korzeni i wsparcia, na które można liczyć, gdy zawiodą własne siły. Nie chodzi tu o wsparcie instytucjonalne – to w Szwecji funkcjonuje znakomicie. Chodzi o pomoc, która jest na wyciągnięcie ręki, bezwarunkowa i nieustająca, gdyż wynika z miłości i troski rodzinnego gniazda. Jeżeli rodzina postrzegana jest przede wszystkim jako przekleństwo wzajemnych wpływów i oczekiwań, to moment słabości oznacza samotne zmagania. Po obejrzeniu „Szwedzkiej teorii miłości” wydaje się, że Szwed musi liczyć sam na siebie.

Pod koniec filmu Gandiniego pojawia się sylwetka Zygmunta Baumana. Najsłynniejszy polski socjolog komentuje współcześnie wyznawane na Zachodzie wartości. Zauważa, iż zbyt często bierzemy dziś szczęście za brak problemów. Poczucie spełnienia wynika, jego zdaniem, z umiejętności przezwyciężania trudności. Odnosząc tę refleksję do szwedzkiej rzeczywistości: północnemu, bogatemu społeczeństwu niczego nie brakuje, a swoje życie zorganizowało tak, by uniknąć wszelkich możliwych, utrudniających swobodne decydowanie o sobie, zależności. Pełna niezależność to według Baumana źródło nieszczęścia i, co z rozbawieniem zauważa bohater filmu, bezkresnej nudy. Wolny, nowoczesny Szwed to człowiek, który musi sztucznie animować swoją codzienność, gdyż jego życiu brakuje życia.

Bez wątpienia, filmowi Gandiniego można zarzucić epatowanie ciemną stroną życia w Szwecji. Nie mamy przecież podstaw, by zakładać, że wszystkie szwedzkie rodziny opierają się na luźnych relacjach i nie dają wzajemnego oparcia. Liczba dzieci, które przychodzą w Szwecji na świat, wskazuje na istniejącą potrzebę zakładania rodzin. Obawa jednak polega na tym, iż szwedzka familia może niedługo oznaczać model „samotny rodzic plus dziecko”, czyli sytuację, która (o ile nie wynika z przykrej konieczności) budzi wątpliwości. Zamiast więc mówić, iż szwedzka rodzina ma się dobrze, warto się zastanowić, co zrobić, by miała się lepiej.

Czytaj dalej

Komentarz

Nowy nuncjusz apostolski w Polsce

Nowy przedstawiciel Franciszka w Polsce pełnił funkcję nuncjusza apostolskiego m.in. w Rwandzie, Tajlandii, Singapurze, Kambodży, Indiach i Nepalu.

Komentarz

O kościele, którym warto się zarazić

Ci, dla których Światowe Dni Młodzieży były świętem, przeżyli wspaniałą duchową i poznawczą ucztę. Ci natomiast, którzy widzieli w tysiącach pielgrzymów jedynie niedogodność logistyczną i akustyczną (hałaśliwe śpiewy pod oknami), przez ponad tydzień nie mogli ukryć irytacji. Kościół, który porywa i drażni jednocześnie, to Kościół, który działa.

Komentarz

O trudnych powrotach

W autokarze do Wrocławia prawie sami pielgrzymi, głównie z Polski. Wszystkie miejsca zajęte, luk bagażowy pęka w szwach. Obok zwyczajowych walizek i toreb podróżnych, piętrzą się potężne plecaki, karimaty, namioty, wielkie worki z częściowo tylko zjedzonym prowiantem, instrumenty i flagi.